Polowanie na geja

Napadają, biją, okradają, szantażują i mordują. Bandyci potrafią bezwzględnie wykorzystać słabości środowiska homoseksualistów.

Co najmniej 15 procent gejów i lesbijek mieszkających w Polsce w ciągu ostatnich pięciu lat padło ofiarą przestępstw. Wśród pokrzywdzonych przeważają mężczyźni. Statystycznie największy odsetek przypadków związany jest z odmienną orientacją seksualną. Osobną grupę stanowią ofiary złodziei stosujących tzw. metodę na geja.
Upolować "frajera"
Przestępcy wybierają swój potencjalny obiekt, śledząc prasę tematyczną pełną anonsów towarzyskich, strony internetowe, portale społecznościowe i czaty albo uderzają bezpośrednio - odwiedzają miejsca, w których spotykają się homoseksualiści. Rosnąca od kilku lat liczba knajp i klubów gejowskich znacznie ułatwia zadanie przestępcom. Również w sieci łatwo upolować "frajera", wykorzystując niefrasobliwość internautów, którzy informują o swoim stanie materialnym lub oferujących sponsoring.

Złodzieje, czyhający na swoją "zdobycz" w klubach, uważnie obserwują tłum. Zwracają uwagę nie tylko na markowe ubranie, drogie gadżety, biżuterię, ale też i na zachowanie sugerujące zasobność portfela. Z nawiązaniem kontaktu, rozmowy i namówieniem na spotkanie w bardziej intymnych okolicznościach z reguły nie ma problemu. Oszuści zdobywają zaufanie po to, aby dostać się do mieszkania niczego nieprzeczuwającego mężczyzny. Tam za zamkniętymi drzwiami najczęściej rozgrywa się dramat.

Raj utracony
W 2007 roku dziennik "Polska Głos Wielkopolski" opublikował wyniki analiz QM Research, z których wynikało, że najwięcej homoseksualistów mieszka w Poznaniu. Według badań co siódmy mieszkaniec tego miasta przyznaje się do skłonności biseksualnych, a co dwunasty do tego, że pociągają go osoby tej samej płci. W tym też czasie stolica Wielkopolski, znana z tolerancji i gejowskiego clubbingu, stanowiła azyl dla spragnionych spokoju i normalności homoseksualistów.
Jednak sytuacja uległa zmianie w 2008 roku po zabójstwie poznańskiego ekonomisty, którego preferencje seksualne były w poznańskim środowisku tajemnicą poliszynela. Cztery lata wcześniej zamordowano znanego ze swych skłonności naczelnika NFZ. Mimo że sprawy te nie były w żaden sposób ze sobą powiązane, miejscowi homoseksualiści zaczęli bać się o swoje życie. Gejowskie lokale pustoszały, coraz częściej mówiono o nietolerancji i homofobii poznaniaków. Przypominano głośne sprawy, w których ofiarami padli homoseksualiści ze stolicy Wielkopolski.
Psychozę potęgował fakt, że w większości przypadków sprawców zbrodni nie ujęto.

Niebezpieczny trójkąt
Na początku lat 90. XX wieku mieszkańcami Poznania wstrząsnęło zabójstwo 46-letniego Henryka Pytlasa. Zamordowany był znanym miejscowym aktorem teatralnym. Niewiele osób wiedziało o jego homoseksualnych skłonnościach, a on sam nie afiszował się swoimi upodobaniami, gdyż - jak wyjaśniali jego przyjaciele - bał się zepchnięcia na margines społeczny. Aby nie wzbudzać plotek i podejrzeń, unikał trwałych związków. Wolał korzystać z usług chłopaków kręcących się w okolicach Dworca Głównego PKP w Poznaniu.
Miał kilku stałych kochanków, którzy co jakiś czas podsuwali mu świeższy "towar". Henryk wśród męskich prostytutek uchodził za jednego z lepszych klientów. Uprzejmy, inteligentny, zadbany i zawsze dobrze płacił - tak opisywali go chłopcy z dworca. W kręgu zainteresowań poznańskiego aktora znajdowali się wyłącznie mężczyźni w wieku 20-25 lat i to właśnie w towarzystwie dwóch takich młodzieńców Pytlas widziany był po raz ostatni.
19 sierpnia 1990 roku około godziny 16 dyżurny policjant Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu otrzymał niepokojące zgłoszenie od Jana K., mieszkańca kamienicy mieszczącej się przy ul. Zwierzynieckiej. Mężczyzna poinformował, że na klatce schodowej unosi się okropny fetor. Prawdopodobnie dochodził z mieszkania nr 3. Dodatkowo Jan K. powiedział, że nikt od kilku dni nie widział lokatora spod trójki.

Specyficzny zapach
Pół godziny później pod kamienicę na poznańskich Jeżycach podjechały dwa radiowozy. Funkcjonariusze weszli do gmachu i od razu rozpoznali specyficzny zapach. Faktycznie dochodził z wnętrza mieszkania nr 3, należącego do Henryka Pytlasa. Policjanci zapukali do drzwi, jednak nikt nie otwierał, więc podjęli decyzję o ich wyważeniu. W największym pokoju panował rozgardiasz, na podłodze i jednej ze ścian widoczne były ślady krwi. Zwłoki lokatora znaleziono chwilę później. Sprawca (bądź sprawcy) zawinął ciało Henryka w dywan i schował do skrzyni tapczanu. Dostatnio urządzone mieszkanie wskazywało na zamożność właściciela, motywem zbrodni mógł więc być rabunek.
W trakcie śledztwa, na podstawie zeznań poszczególnych świadków, odtworzono przebieg wydarzeń poprzedzających śmierć Henryka Pytlasa. Z ustaleń wynikało, że 12 sierpnia około godziny 19 aktor pojawił się w okolicach dworca. Jego uwagę przykuło dwóch mężczyzn w wieku 20-22 lat. Nikt ich wcześniej w tym miejscu nie widział. Jeden ze świadków zeznał, że usłyszał fragment rozmowy. Młodzi mówili, że pochodzą z Warszawy. Pytlasowi ta dwójka wyraźnie się spodobała. Mimo że koledzy zawsze ostrzegali go przed zapraszaniem do swojego mieszkania nieznajomych, mężczyzna nie posłuchał. Podszedł do chłopaków i zaproponował, aby poszli wraz z nim do jego domu. Cel tej wizyty dla całej trójki był jasny. Henryk nie krył zadowolenia, gdy młodzieńcy zgodzili się; jednemu ze swoich stałych kochanków powiedział nawet, że szykuje mu się "niezła orgietka". Około godziny 21 sąsiedzi widzieli Pytlasa wchodzącego do swojego mieszkania w towarzystwie dwóch nieznajomych.
Sprawcy zadali mu 12 ciosów nożem w okolice klatki piersiowej, pięć z nich okazało się śmiertelnych. Z mieszkania aktora zginęły gotówka, zegarek, złoty sygnet oraz odzież. Przedmiotów tych nigdy nie odnaleziono. Morderców również.

Oszukany kochanek
Marcin od dawna marzył o znalezieniu swojej drugiej połówki. Niestety, sprawa nie była taka prosta. Każdy jego związek rozpadał się już po paru miesiącach, gdyż jego partnerom nie zależało na stabilizacji. Pytanie "Czy zamieszkamy razem?" działało na kochanków Marcina jak czerwona płachta na byka. Nic dziwnego, że kiedy w końcu po latach prób udało mu się znaleźć mężczyznę, który już po kilku tygodniach sam zaproponował wspólne mieszkanie, Marcin stracił dla niego głowę. Paweł - bo tak miał na imię - był młodszy od swojego partnera o 12 lat.
Marcin wspominał później: - Patryk był niewiarygodnie przystojny, inteligentny i dowcipny. Uwielbiałem prowadzić z nim długie, czasami nawet do białego rana, rozmowy. Poza tym cechowała go delikatność i czułość. 56-letni Marcin był przekonany, że poznanie Pawła to najlepsze, co go w życiu spotkało. Cieszył się, że oto w końcu po tylu latach spędzonych w samotności uśmiechnęło się w końcu do niego szczęście. Niestety, nie od dziś wiadomo, że nic co piękne, nie trwa wiecznie. Idylla skończyła się po miesiącu.

Kochankowi musiało się coś stać
Był 22 maja 1996 roku, dochodziła godzina 17, gdy Marcin wrócił z pracy do domu. Od progu przywitał go przyjemny zapach obiadu i niepokojąca cisza.
- Już jestem! - zawołał, ale nikt nie odpowiedział. Ciekawe, gdzie się podział Patryk? - pomyślał.
Wszedł do kuchni, obiad był jeszcze ciepły. Na stole leżała kartka: Pojechałem do sklepu po zakupy, będę około 18. Czekaj na mnie, zjemy razem - przeczytał.
Postanowił zastosować się do prośby swego kochanka i poczekać ze zjedzeniem obiadu do jego powrotu. Jednak mijała godzina za godziną, a Patryk nie wracał. Marcin zaczął się niepokoić. Podejrzewał, że jego kochankowi coś się musiało stać.
Około 22 uznał, że musi zgłosić to na komisariacie. Miał nadzieję, że może policji uda się ustalić, co dzieje się z Patrykiem. Aby nie tracić czasu, postanowił wziąć samochód. Jednak miejsce, gdzie zawsze chował kluczyki od auta, było puste. Brakowało również sporej ilości gotówki, którą trzymał w domu. Na komisariat Marcin dojechał autobusem. Opowiedział o tym, co mu się przytrafiło. Jak ustalono, nie był pierwszą ofiarą czułego Patryka. Funkcjonariusze pocieszali go, że nie on jeden dał się omotać złodziejowi, i że w porównaniu z innymi ofiarami i tak ma szczęście, bo skończyło się jedynie na kradzieży, a nie na pobiciu. Marcina jednak to nie uspokoiło. Otuchy nie dodały również zapewnienia funkcjonariuszy, że zrobią wszystko, co w ich mocy, aby zatrzymać przestępcę.
Jak się okazało, Paweł vel Marek vel Tomek - jak przedstawiał się swoim kochankom - był od ponad roku poszukiwany przez poznańską policję. Z ustaleń wynikało, że okradł on sześciu mężczyzn w Poznaniu i okolicach. Podejrzewano, że poszkodowanych może być więcej - tyle że nie wszyscy, najprawdopodobniej w obawie przed ośmieszeniem, odważyli się zgłosić na
policję. "Paweł" rozkochiwał i okradał wyłącznie majętnych panów po pięćdziesiątce. Dwóch spośród jego byłych kochanków znajomość z nim przypłaciło zdrowiem, gdyż na odchodne mężczyzna dotkliwie ich pobił.
Najprawdopodobniej przestępstwo, którego ofiarą padł Marcin, było ostatnim dokonanym przez "Pawła" w stolicy Wielkopolski. Po tym incydencie policja nie otrzymała żadnych zgłoszeń o podobnym charakterze.

Gang Czubka
Blady strach ponownie padł na poznańskich gejów w 2002 roku, kiedy to okazało się, że w parku im. K. Marcinkowskiego, popularnym miejscu spotkań homoseksualistów, działa grupa, która wyszukuje męskie pary, fotografuje je w dwuznacznych sytuacjach, a następnie szantażuje. Tomasz Zając, przedsiębiorca jednej z poznańskich firm, żonaty, ojciec dwójki dzieci, zachowywał pozory, wiodąc przykładne życie dobrego męża i kochającego ojca. Świetnie kamuflował swoje upodobania przed bliskimi, a w szczególności przed żoną.
Przy każdej nadarzającej się okazji głośno wyrażał swoje obrzydzenie i nienawiść skierowane do osób o homoseksualnej orientacji. Zdarzały się jednak dni, kiedy jego skłonności do mężczyzn brały górę - wtedy wsiadał do swojego luksusowego auta i ruszał w kierunku Marcinkowskiego, aby skorzystać z usług męskiej prostytutki.
13 grudnia 2004 roku Tomasz postanowił wyrwać się na godzinkę z firmy do parku. Na miejscu spotkał znajomego chłopaka, z którym miał już nieraz do czynienia. Mężczyźni zaparkowali auto w zaroślach i odbyli stosunek. Kiedy Tomasz płacił za usługę, niespodziewanie ktoś zapukał w szybę jego samochodu. Przed pojazdem stało szczęściu młodych mężczyzn. - O co chodzi, panowie? - spytał niepewnie Tomasz. Nieznajomi wyciągnęli aparat i pokazali mu uwiecznione na cyfrówce dowody jego niemoralnego prowadzenia się. Zagrozili, że wszyscy dowiedzą się o skłonnościach mężczyzny - chyba że kupi sobie ich milczenie.

Dyskretny kochanek
Tomasz nie był ani pierwszym, ani ostatnim poszkodowanym przez działającą w parku grupę. Wcześniej mężczyźni szantażowali m.in. jednego z wysokich urzędników miejskich w Poznaniu, pedagoga z poznańskiej podstawówki oraz psychologa pracującego w liceum. Przestępcy w zamian za kompromitujące zdjęcia i milczenie żądali telefonów komórkowych, gotówki, biżuterii czy nawet samochodów. Właśnie swoim autem Tomasz zapłacił bandziorom za dyskrecję. Członkowie gangu ewentualnych ofiar szukali również w sieci. Na odpowiednich stronach internetowych zamieszczali ogłoszenia o treści: Młody, przystojny, niezależny finansowo pozna dyskretnego kochanka, który podobnie jak on przed światem ukrywa swoją prawdziwą naturę pod płaszczem rodzinnym.
Na odzew ze strony chętnych nie trzeba było długo czekać. Gangsterzy umawiali się wtedy ze swoją potencjalną ofiarą w parku, gdzie przebieg dalszych wydarzeń pokrywał się mniej więcej z tymi, których uczestnikiem był Tomasz Zając. "Interes" prowadzony w parku im. K. Marcinowskiego przez chłopców z gangu kręcił się wyśmienicie i trwał ponad dwa lata. Po seks-spotkaniu w parku Zając niezwłocznie udał się na policję. Po drodze obmyślił swoją wersję wydarzeń, bo wstyd i strach nie pozwalały mu na powiedzenie prawdy. Najchętniej w ogóle nie zgłaszałby kradzieży auta, ale wiedział, że nie znajdzie żadnego logicznego wytłumaczenia utraty samochodu, które na pewno od razu przekona jego żonę.
Po dotarciu na komisariat Tomasz wyjaśnił, że został napadnięty i że skradziono mu samochód. Policjanci szybko domyślili się, że mężczyzna, plączący się w swych wyjaśnieniach, kłamie. Przyparty do muru opowiedział, co zdarzyło się naprawdę. Kilka dni później na gorącym uczynku zatrzymano całą grupę zajmującą się homo-szantażem. Sześciu mężczyzn w wieku 21-35 lat trafiło do aresztu. Mimo wielu apeli, w których proszono o zgłaszanie się wszystkich poszkodowanych, a które ukazywały się w poznańskiej prasie i na stronie internetowej policji, nie pojawił się nikt. Członkom gangu udało się udowodnić zaledwie 4 szantaże, wymuszenia i pobicie. Za czyny, jakich się dopuścili, zostali skazani na kary od 2 do 8 lat pozbawienia wolności.

Śmierć naczelnika
Michał N., naczelnik wydziału zdrowia NFZ w Poznaniu, zaginął w październiku 2004 roku. Kilka dni po jego zniknięciu, w lesie w podpoznańskich Pobiedziskach znaleziono należący do niego samochód. Wnętrze auta zostało precyzyjnie wyczyszczone ze wszystkich odcisków palców. Mimo zakrojonych na szeroką skalę poszukiwań i przesłuchań wielu świadków nie udało się ustalić, co się stało z właścicielem. Przez ponad pół roku w policyjnych rejestrach figurował jako zaginiony. Podejrzewano, że najprawdopodobniej urzędnik został zamordowany.
Kilka miesięcy później, na początku maja 2005 roku, w jednym z podpoznańskich lasów znaleziono ciało w stanie daleko posuniętego rozkładu. Początkowo przypuszczano, że są to zwłoki 43-letniego Lutza S., zaginionego w 2003 roku niemieckiego biznesmena, wiceprezesa austriackiej firmy "Hawle", mającej swoją siedzibę w podpoznańskich Koziegłowach (mężczyzny do dziś nie odnaleziono). Podejrzenia te jednak okazały się błędne. Z pomocą stomatologa ustalono, że znalezione w lesie zwłoki bez wątpienia są szczątkami zaginionego przed 7 miesiącami naczelnika NFZ. Stuprocentową pewność uzyskano po otrzymaniu panoramicznego zdjęcia szczęki denata. Ustalono, że mężczyzna zginął od ciosów zadanych w głowę twardym narzędziem.
W tym samym czasie, kiedy zaginął naczelnik NFZ, w Poznaniu działał "gang Czubka". Kiedy jego członkowie trafili za kratki, jeden ze skruszonych bandziorów przyznał się, że również zaginiony Michał N. padł ofiarą ich szantażu. W grę wchodziła zapłata szantażystom za nieupublicznianie informacji odnośnie odmiennej orientacji seksualnej naczelnika. Sęk w tym, że Michał tego faktu nie ukrywał i zdaniem śledczych mógł nie ulec szantażowi. Podejrzewano więc, że chcąc zatuszować swoje oszustwa, członkowie gangu pozbyli się niewygodnego świadka. Zebrane dowody w sprawie działalności "gangu Czubka" nie pozwoliły ostatecznie na powiązanie ze sobą obu spraw. Jednak mimo to wiele osób uważa, że członkowie tego gangu są odpowiedzialni za śmierć Michała N. Śledztwo w tej sprawie zostało umorzone z przyczyny niewykrycia sprawców.
Tajemnicę swojej śmierci naczelnik zabrał do grobu.

Skusił ich Armani
Trzydziestego pierwszego maja 2008 roku 32-letni Krzysztof Jakś bawił się w jednym z poznańskich klubów dla gejów. Po całym tygodniu ciężkiej pracy lubił rozerwać się w dyskotece wśród znajomych. Krzysztof był bardzo przystojnym, zadbanym mężczyzną. Nosił się z dyskretną elegancją. Markowe ubrania, dodatki i dobrana męska biżuteria świadczyły o jego statusie majątkowym. To właśnie przykuło uwagę bawiących się w "Ambrozji" Kamila, Andrzeja i Radka. Oni, w przeciwieństwie do innych uczestników imprezy, nie przyszli do klubu, aby się bawić, tylko... zapolować.
Ich wybór padł właśnie na Krzysztofa. Mężczyźni podeszli do niego i po krótkiej wymianie zdań zaczęli się bawić razem. Po kilku drinkach Krzysztof zaproponował, żeby przenieść imprezę do jego mieszkania. Kamil, Andrzej i Radek bez wahania przystali na tę propozycję. Towarzystwo kupiło alkohol i zamówioną taksówką pojechali z centrum miasta prosto na poznańskie Winogrady.

W mieszkaniu Krzysztofa mężczyźni przestali być mili. Gdy tylko gospodarz zamknął drzwi, Kamil poraził go kilkakrotnie paralizatorem. Kiedy właściciel bezwładnie upadł na ziemię, napastnicy skrępowali mu ręce i nogi.
Następnie zmusili go do picia zakupionego wcześniej alkoholu. Nie chciał, więc wlewali mu siłą do gardła, nie szczędząc mu przy tym kopniaków i skacząc po leżącym ciele. Zmaltretowanego mężczyznę jeszcze podduszali, początkowo kablem, a potem także krawatem. Krzyczeli, żeby wyjawił im numery PIN do swoich kart bankomatowych. Katowany nieludzko gospodarz okazał się twardy i stracił przytomność, nie spełniwszy ich żądań. Kiedy napastnicy spostrzegli, że mężczyzna przestał się ruszać, zabrali się do plądrowania jego domu.
Szybko spakowali cenniejsze rzeczy do reklamówek i toreb, żeby następnie odjechać należącym do Krzysztofa mini cooperem S cabrio. Po kilku minutach postanowili jednak wrócić do mieszkania i dobić właściciela, który po odzyskaniu przytomności na pewno zawiadomiłby policję. Bandyci udusili Krzysztofa Jaksia jego własnym krawatem, następnie wynieśli zwłoki z mieszkania, zapakowali do bagażnika i odjechali w kierunku Dębca. Tam, w lasku na Dębinie, pozbyli się nieboszczyka, wrzucając go do studzienki kanalizacyjnej.

Syn nie dzwoni
Krzysztof miał w zwyczaju codziennie kontaktować się z rodzicami. Mimo że od dłuższego czasu nie mieszkali razem, chłopak był bardzo mocno związany z nimi emocjonalnie i zazwyczaj wieczorami prowadził długie rozmowy telefoniczne z matką i ojcem bądź jechał ich odwiedzić. Dwudniowe milczenie syna bardzo zaniepokoiło jego rodziców. Kiedy po raz kolejny wybierając numer Krzysztofa usłyszeli w słuchawce słowa: "Abonent czasowo niedostępny", postanowili pojechać do jego mieszkania. Dobijali się do drzwi przez kilka minut, w końcu postanowili użyć zapasowych kluczy, które dostali kiedyś od syna.
Po wejściu do środka małżonkowie od razu wyczuli, że coś się stało. W mieszkaniu panował straszliwy rozgardiasz, na ziemi leżały butelki po alkoholu oraz niedopałki papierosów. Poza tym na podłodze widniały zaschnięte ślady krwi. Roztrzęsieni rodzice 32-latka zadzwonili po policję. Przybyłym na miejsce funkcjonariuszom opowiedzieli o swoich obawach. Policjanci zabezpieczyli ślady, które mogłyby świadczyć o popełnionej w mieszkaniu zbrodni, oraz przyjęli zgłoszenie o zaginięciu Krzysztofa. Jednocześnie poprosili rodziców, aby rozejrzeli się po mieszkaniu syna i w miarę możliwości upewnili się, czy nic nie zginęło. Podejrzewali, że Krzysztof mógł paść ofiarą przestępstwa dokonanego na tle rabunkowym. Przypuszczenia te okazały się słuszne - sprawcy z mieszkania skradli m.in.: iPhona, dwa laptopy, rzutnik, kilka drogich szwajcarskich zegarków, markowe ubrania, okulary od Armaniego i Diora oraz samochód (wszystko warte ponad 140 tysięcy złotych).
Policjanci brali też pod uwagę hipotezę, że Krzysztof mógł zostać uprowadzony i niewykluczone, że porywacze niebawem skontaktują się z jego bliskimi. To jednak nie był kidnaping. Kilka dni później pracownik zakładu Aquanet odnalazł w kolektorze ściekowym na Garbarach zwłoki zaginionego Krzysztofa Jaksia.

Cynk od pasera
W połowie lipca poznańska policja od jednegoz paserów otrzymała informację, że trzej młodzi mężczyźni próbują sprzedać mu rzeczy należące prawdopodobnie do zamordowanego Krzysztofa. Powiedział im, że nie posiada takiej ilości gotówki, jakiej żądają i zaproponował następne spotkanie. Do sfinalizowania transakcji miało dojść nazajutrz o godz. 20 w jednym z pubów na Starym Mieście. Niczego niepodejrzewający mężczyźni pojawili się punktualnie w umówionym miejscu.
Jednak zamiast pasera czekali na nich policjanci z kajdankami. Kamil, Andrzej i Radek zostali przewiezieni na komisariat. Kamil i Andrzej odmówili składania wyjaśnień, za to najmłodszy z całej trójki, Radek, przystał na propozycję współpracy, za co obiecano mu łagodniejszy wyrok.
- To był nasz sposób na szybki zarobek - wyjaśnił Radek. - Chodziliśmy do lokali dla gejów, tam wyszukiwaliśmy takich, po których było widać, że są przy kasie. Potem ich biliśmy i okradaliśmy. Tego Krzycha też chcieliśmy tylko pobić. Już nie pamiętam, kto rzucił propozycję, aby jednak wrócić do jego mieszkania i go dobić, żeby nas nie wydał. Proces w tej sprawie rozpoczął się w drugiej połowie 2009 roku i toczył się za zamkniętymi drzwiami sali sądowej Sądu Okręgowego w Poznaniu. Wyrok zapadł w kwietniu 2010 roku. Kamil i Andrzej zostali skazani na dożywocie, zaś Radek na 7 lat i 11 miesięcy (ze względu na współpracę z organami śledczymi).
W uzasadnieniu wyroku sędzia stwierdził, że sprawcy dokonali zabójstwa z niskich pobudek, zasługujących na szczególne potępienie. Kamil i Andrzej będą mogli starać się wyjść na wolność najwcześniej po odsiedzeniu 25 lat, Radek po odbyciu 3/4 z zasądzonej kary.


Kinga Przyborowska

Personalia oraz niektóre okoliczności zdarzeń zmieniono.
 Pobrano z INTERIA.PL.